Daleki bliski wschĂłd oczami Alberta Wierzbickiego (wideo)
Jak wyglšda życie podróżnika? Czym różni się podróżnik od turysty? Jak odkryć w sobie pasję podróżnika? Albert Wierzbicki, student filologii białoruskiej na UW, pilot wycieczek w rodzinnej firmie F.W. Wierzbiccy coœ o tym wie. Wyjechał na wolontariat, zasmakował życia podróżnika i złapał bakcyla, a swoimi przeżyciami chce dzielić się z innymi. Stšd pomysł na kanał podróżniczy. Planuje już kolejne podróże. W wywiadzie z Kurierem Garwolińskim opowiada o tym jak chęć niesienia pomocy innym
przerodziła się w pasję podróżniczą.
KG: Skąd pomysł na ten wyjazd?
AW: Tak naprawdę odkąd pamiętam myślałem o tym, żeby wyjechać na wolontariat i pomagać innym. Któregoś dnia tata podesłał mi link wolontariatu do Gruzji. To było jakoś przed sesją, więc w ogóle nie miałem do tego głowy, stwierdziłem, że może później. Ale rzecz w tym, że nie było zbyt dużo czasu na zastanowienie, trzeba było dać odpowiedź. Stwierdziłem, że może to dobry moment, żeby zrobić swoim życiu coś szalonego. I tak wysłałem swoje zgłoszenie…
KG: Jak przygotowywałeś się do wyjazdu?
AW: Właściwie w ogóle się nie przygotowywałem, to znaczy w momencie kiedy już wszyscy wiedzieli, że wyjeżdżam, zadawali mi pytania co ja tam właściwie będę robił? Odpowiadałem, że jak pojadę to się dowiem.
KG: A co spakowałeś do walizki?
AW: Oprócz podstawowych rzeczy typu ubrania, sprzęt elektroniczny mama spakowała mi bardzo dużo leków właściwie jedną czwartą walizki stanowiły leki. Nawet na lotnisku miałem kontrolę związaną z ilością leków.
KG: Na czym ten wolontariat miał polegać?
AW: W ogłoszeniu była informacja, że jest to wolontariat polegający na pracy z młodzieżą. Przy czym będąc na szkoleniu przygotowującym do wolontariatu, zostałem poinformowany, że to co jest napisane to jedno, a co będzie na miejscu, to drugie. Kiedy przyleciałem, miałem dwa tygodnie na zaaklimatyzowanie się. Miałem zatem trochę czasu, żeby sprecyzować czym chciałbym się zajmować. Przy czym nie znałem wtedy ani realiów, ani języka, ani potrzeb tych ludzi. Niestety rzeczywistość mocno zweryfikowała moje plany.
KG: Okazało się, że twoje pomysły nie przystają do rzeczywistości?
AW: Początkowo byłem pełen optymizmu. Powiedziałem szefostwu o swoich pomysłach, oboje uspokajali mnie, kazali poczekać. No to czekałem tydzień, drugi, trzeci, miesiąc. Mniej więcej po trzech miesiącach nie miałem już złudzeń. Zrozumiałem, że nie mam tam czego szukać.
KG: Dlaczego?
AW: Po pierwsze dlatego, że nie było jasnej, klarownej informacji co ja mam tam robić. W założeniu wolontariat miał polegać na robieniu różnych eventów, wydarzeń kulturalnych typu Dzień Przyjaźni, Dzień Europy. Ozurgeti, czyli miejsce, do którego trafiłem, to małe miasto, około 20 tysięcy mieszkańców. Moim głównym zadaniem było uczenie dzieciaków języka angielskiego. Mnie to nie satysfakcjonowało. Naciskałem, prosiłem o większy zakres obowiązków, ale nic z tego nie wyszło. Dlatego zacząłem działać na własną rękę. Zaczepiłem się w lokalnym kościele katolickim. Była to grupa 40 osób, ale naprawdę byli ze sobą bardzo zżyci – na tyle zżyci, że można było poczuć niesamowitą energię ludzi, którzy świetnie się znali i wzajemnie wspierali. Dlatego chciałem tę wspólnotę rozwijać, miałem mnóstwo pomysłów. W konsekwencji mój projekt zakończył się wcześniej…. 31 września 2017 roku złożyłem rezygnację, ponieważ miałem już na tyle napiętą sytuację z organizacją, że dalsza współpraca okazała się niemożliwa.
KG: Jak długo byłeś poza domem?
AW: Od 20 kwietnia, do 26 października.
KG: Oprócz wolontariatu dużo podróżowałeś?
AW: Tak, w końcu bardzo personalnie potraktowałem ten wolontariat. Pomyślałem, że muszę ten czas jakoś wykorzystać. Nie oznaczało to, że zaniedbywałem swoje obowiązki. Po prostu starałem się wykorzystać ten czas jak najbardziej efektywnie. Podróżowanie rozpocząłem w sierpniu, ponieważ wtedy cała organizacja miała urlop. Ma to związek z wysoką temperaturą – życie właściwie tam zamiera. Zacząłem się też intensywnie uczyć języków.
KG: Co zwiedziłeś w Gruzji?
AW: Przed wyjazdem na wolontariat byłem w Gruzji kilka razy, także nie był to dla mnie zupełnie obcy kraj, miałem też kilku znajomych Gruzinów. Jeśli chodzi o zwiedzanie, byłem w prawie każdym regionie Gruzji. Nie zwiedziłem tylko Tuszeti, ale ten region jest dostępny jedynie przez dwa miesiące w roku. Są to bardzo górzyste tereny prawie przez cały rok pokryte śniegiem.
Mieszkałem w okolicach Batumi, jest to popularne miejsce, znane niegdyś ze swoich pól herbacianych. Dalej Megrelia, Swanetia – piękny górski teren obecnie mekka turystów. Okolice Kutaisi z przepięknymi jaskiniami. Sataplia- z tropikalnym mikroklimatem. Niesamowita rzecz, wjeżdżasz dwie minuty w górę i masz zupełnie inny mikroklimat. Poza tym wiele pięknych dolin rzek, wodospady. Bardzo duży problem miałem ze stolicą Gruzji, Tbilisi, która ma 30 kilometrów długości, a szerokości 3-4 kilometry. Jest to miasto zlokalizowane wzdłuż rzeki, w dolinie. Pod względem komunikacyjnym całkowita porażka. Kachetia – bardzo ładny region od gór do półpustyń, stepów, sawanny. Achalciche, moje ulubione miejsce z przepięknym zamkiem. Dwa skalne miasta: Wardzia i Upliscyche, gdzie tysiące ludzi mieszkały w domach wydrążanych w skałach. Gruzja to kraj, którego widoków nie da się opisać; co region, co 20, 30 kilometrów, wjeżdżasz w zupełnie inną krainę.
KG: Z czego tam żyłeś?
AW: Organizacja gwarantowała mieszkanie, dostawałem tez kieszonkowe około 150 euro miesięcznie. Z tego żyłem. W Gruzji ceny są niższe, niż w Polsce, generalnie mi nie brakowało, mieściłem się w tym budżecie. Przykładowo za 20 złotych możesz się najeść i napić do woli w każdej restauracji. Jednak kultura jedzenia jest zupełnie inna niż w Polsce. To jest coś w rodzaju biesiady; zamawiamy różne dania i każdy częstuje się czym chce. Nikt nie zamawia dania tylko dla siebie. A jedzenie mają przepyszne. Jestem tego najlepszym dowodem, przytyłem tam 8 kilogramów (śmiech).
KG: Jakie inne kraje zwiedziłeś?
AW: Kazachstan, Kirgistan, Uzbekistan i Azerbejdżan. Byłem również w Armenii, ale to oddzielna podróż.
KG: Z jakich środków transportu korzystałeś podczas swoich podróży?
AW: Różnie. W Gruzji poruszałem się własnym samochodem, paliwo jest niedrogie, za litr benzyny płaciłem 2,60 zł. Za to drogi pozostawiają wiele do życzenia. Ciekawostką jest sprawa wulkanizacji, właściwie co krok mamy warsztat zajmujący się wymianą opon, a koszt takiej wymiany to około 8 zł. Nie dziwi to wcale, bo złapanie gumy to kwestia chwili. Do Kazachstanu poleciałem samolotem, potem autostop, pociągi – jestem fanem pociągów. W Uzbekistanie podróżowałem taksówkami, ale to jest ogólnodostępny, niedrogi środek transportu.
KG: Opowiedz coś więcej o tych podróżach.
AW: 11 sierpnia wyjechałem do Azji. Podróż zacząłem od Kazachstanu. Astana, ogromne szklane nowoczesne budynki zbudowane na stepie. Żeby dostać się do Ałma-Aty, spędziłem w ciężarówce 26 godzin, pokonując 1200 kilometrów. Spędziłem tam wieczór, noc, potem pojechałem do Kirgistanu nad jezioro Issyk-kul, które leży na ponad 2000 metrów. Jest to jezioro, które nie zamarza mimo swojego położenia. Jednak głównym celem tej podróży był Uzbekistan, ponieważ żeby tam wjechać, trzeba mieć wizę, która dodatkowo jest ograniczona czasowo. Następnie pociągiem, który jechał 5 godzin i kosztował mnie dolara, dojechałem do stolicy Kirgistanu – Biszkeku. W końcu Taszkient, stolica Uzbekistanu, z 3 milionami mieszkańców. Widać tam naprawdę duże inwestycje. Kolejne miejsce na mojej mapie to Samarkanda, jedno z najstarszych miast świata.
KG: Twoja podróż miała niesamowite tempo…
AW: Tak. Właściwie każdego dnia przemieszczałem się do kolejnego punktu na mojej mapie. Miejscem newralgicznym był Kazachstan, ponieważ stamtąd wyjeżdżałem do kolejnych krajów.
KG: Wracając do podróży; jeden dzień w Samarkandzie i…?
AM: Następnego dnia byłem już w Shahrisabz. Jest tam nawet cmentarz polskich żołnierzy. Wszystkie miejsca przygotowywane pod turystykę są na naprawdę wysokim poziomie. Takiego poziomu nie powstydziłby się żaden europejski kurort. Dużo rzeczy jest w trakcie inwestycji. Widać, że szykują się na turystów. Buchara mnie urzekła niesamowicie. Miasto, które ma wkomponowane zabytki w nowoczesną architekturę. Zwiedzałem również Karakalpakstan - republikę autonomiczną w ramach Uzbekistanu, która jest pustynią. Kiedyś żyjąca z uprawy bawełny przy jeziorze Aralskim, które wyschło. Jechałem 14 godzin przez pustynię pociągiem, potem 3 godziny czekaliśmy na granicy w metalowej puszce bez możliwości wyjścia, a słońce dawało nam popalić (śmiech). Trzeci raz wróciłem do Kazachstanu – pojechałem do Aktau przy Morzu Kaspijskim, i to była w zasadzie moja droga powrotna. Aktau to 300 - tysięczne miasto oddzielone, tak jak inne miasta w Kazachstanie, od kolejnego o 500 kilometrów. Tam czekałem na prom. Problem polega na tym, że nigdy nie wiesz ile na ten prom trzeba będzie czekać. Poszczęściło mi się, bo czekałem tylko 16 godzin. Promem przez Morze Kaspijskie płynąłem około 30 godzin. Człowiek może odespać, wyciszyć się, zwłaszcza, że nie ma Internetu. Dopłynąłem do Azerbejdżanu. Zwiedziłem Baku i czułem się tam trochę jak w Budapeszcie. Z Baku pojechałem w stronę Gruzji. Autobusem do miasta Szeki. Tam, wieczorem, kiedy szukałem miejsca noclegowego, w przydrożnym barze zaczepił mnie gość. W konsekwencji tę noc spędziłem w azerskiej wiosce, której nie ma nawet na mapach. Żona napotkanego Azera była nauczycielką, dlatego następnego dnia zaprosiła mnie do szkoły. To, co tam zobaczyłem przeraziło mnie; stary jednopoziomowy budynek w stanie totalnej ruiny. Ze ścian wystawały druty, gwoździe, cegły. Chciałem stamtąd uciekać. Nie mogłem im powiedzieć wprost co o tym myślę, w końcu byłem ich gościem.
KG: Co zaskoczyło Cię podczas tej podróży?
AW: Wiele rzeczy. Najbardziej zaskoczyło mnie chyba to, że tak naprawdę te kraje są bardziej cywilizowane niż się spodziewałem. I mimo dużej odległości od Polski często wydawały mi się bliższe niż Francja czy Hiszpania. Jeśli chodzi o Kazachstan dużym szokiem jest to, że spokojnie mógłby być krajem Unii Europejskiej. Kirgistan dla porównania to młodszy brat Kazachstanu, który gdzieś się zapodział w górach i sam sobie tańczy. Jest to kraj o wiele biedniejszy od Kazachstanu, jest tam również o wiele bardziej dziko. Ale to wynika raczej z mentalności ludzi niż z zaniedbania ekonomicznego. Do tego kraju czuję bardzo duży sentyment. Ale na pewno nie jest tam europejsko. Uzbekistan jako państwo o ustroju autorytarnym, długo był zamknięty na turystów. Izolacjonizm w polityce wewnętrznej widać chociażby na ulicach, gdzie 90% samochodów to Daewoo i Chevrolet, bo ta marka ma swoje fabryki w Uzbekistanie. Jeśli chodzi o Azerbejdżan, widać ogromną różnicę między stolicą a prowincją.
KG: Wspomnienia z Twoich podróży możemy śledzić na kanale, który założyłeś. Jak narodził się ten pomysł?
AW: Pomysł był prosty, stwierdziłem, że mój wyjazd do Gruzji mógłby zainteresować trochę ludzi. Początkowo kanał miał być realizowany w formie vlogów i dotyczyć mojego życia w Gruzji. Później przerodziło się to w bardziej podróżniczy content. Głównym celem było zrobienie pamiątki dla samego siebie no i chciałem wykorzystać te możliwości, które daje nam XXI wiek. Stwierdziłem też, że może ten kanał stanie się inspiracją dla innych ludzi…
KG: A co najbardziej pociąga Cię w podróżowaniu?
AW: Kultura, język, przygoda, muzyka, wychodzenie ze strefy komfortu. Ogólnie zafascynowałem się tym naszym „bliskim wschodem", obszarem poradzieckim. Fascynują mnie miejsca, o których nie mogę przeczytać w Internecie. Przeżywanie piękna miejsca w dziewiczy sposób daje mi niesamowitą radochę. No i chyba najfajniejsze w podróżach są wspomnienia. Dzięki temu, że nagrywam swoje wyjazdy, mogę, a nawet muszę je wspominać jeszcze przez długi czas. I za każdym razem przypomina mi się coś nowego…
KG: Planujesz już kolejne podróże?
AW: Oczywiście. Planem jest kompleksowe zwiedzenie Białorusi, poza tym chciałbym zaliczyć również Mołdawię i Naddniestrze. W kolejnych latach chciałbym zwiedzić kraje bałtyckie, Grenlandię, Syberię Turcję. Ale póki co skupiam się na najbliższych wakacjach i na studiach.
KG: Czyli będzie okazja do kolejnego spotkania. Dziękuję za rozmowę i powodzenia!
Autor: Iwona Ostrowska/ Adrian Stoń
Odwiedź nas na facebooku
Redakcja serwisu "Kurier Garwoliński" nie odpowiada za żadne działania Czytelników niezgodne z prawem lub regulaminem, w szczególności za treści zamieszczone w formie komentarzy. Jednocześnie w razie konieczności zastrzega sobie prawo do ich usunięcia, jeśli uznane zostaną za niezgodne z prawem lub regulaminem, a także w sytuacji, gdy uzna to za stosowne.
Tak trzymaj!

Waszym zdaniem